• Wpisów:426
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 10:58
  • Licznik odwiedzin:60 348 / 2208 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Hej,

mam nadzieję, że pamiętacie, że jesteśmy teraz na wordpressie? Nowy adres:
https://pingerowyklubksiazki.wordpress.com/

Na Facebooku też nas znajdziecie:
https://www.facebook.com/pingerowyklubksiazki/?fref=ts



Najbliższą czytaną wspólnie z PKK książką i ostatnią w roku 2015, jest "Analfabetka, która potrafiła liczyć" Jonasa Jonassona i zaplanowana jest na świąteczny odpoczynek, czyli 26 grudnia.
A potem się zobaczy... pewnie będzie głosowanie na nowe książki

Lolanta
 

 

"Najnowsza powieść Stephena Kinga „Dallas ’63” odwołuje się do klasycznego motywu literatury fantastycznej, czyli podróży w czasie. Korzystając z tajemniczego portalu, główny bohater opowieści cofa się do 1958 roku i podejmuje próbę powstrzymania zamachu na prezydenta Johna F. Kennedy'ego.

„Dallas ’63” to hołd złożony prostszym czasom i poruszająca opowieść pełna gwałtownie narastającego suspensu, to Stephen King w swoim najlepszym epickim wydaniu."



Kiedy ponad trzy lata temu, za sprawą PKK poznawałam książki Stephena Kinga, nie przypuszczałam jeszcze, że stanie się on jednym z moich ulubionych autorów. Może nie mam do niego takiego sentymentu jak do ukochanego Johna Irvinga, (bo Kinga jednak znam o wiele krócej), ale pod względem genialności literackiej mogę tych panów postawić na równi. „Dallas ’63” udowodniło jak doskonałym twórcą charakterów i fabuły jest King, oraz że swoją koronę może nosić z dumą i całkowicie zasłużenie.

Jak wiadomo z opisu, mamy do czynienia z podrożą w czasie.
Jake przechodzi do 1958 przez portal w Al’s Diner. Zadanie ma jedno: zapobiec śmierci Johna F. Kennedy’ego w 1963 roku. W tym celu prowadzi obserwację mordercy, sprawdza, czy wszystkie znane dotychczas fakty się zgadzają, rozważa teorie spiskowe powstałe już po śmierci prezydenta. Wszystko to, by nie popełnić błędu, by nie sprzątnąć niewłaściwej osoby. Przyznam, że słabo znam historię Ameryki, ale to zupełnie nie przeszkadzało, bo autor doskonale opisał najważniejsze elementy, bez zanudzania.

„Dallas ’63” to z jednej strony pochwała prostszego życia, braku potrzeby zamykania drzwi na klucz, nieznajomości Internetu i telefonów komórkowych. Z drugiej: nieświadomość, co do szkodliwości np. nikotyny, czy problem segregacji rasowej, której główny bohater nie potrafił zaakceptować, a w pewien sposób musiał, by dostosować się do otoczenia.

Ale to nie wszystko. Powieść ma mnóstwo wątków pobocznych, które cieszą równie mocno jak wątek główny. Jake nie próżnuje przez te 5 lat, które zmierzają ku zamachowi na JFK. Zamieszkuje w niewielkim miasteczku, podejmuje pracę nauczyciela, jednocześnie pisze książkę i prowadzi obserwacje w Dallas. Poznaje ciekawych ludzi, zaprzyjaźnia się, a nawet zakochuje. To nie jest zwykła powieść fantastyczna, na to zawiera zbyt wiele innych elementów. To jednocześnie książka obyczajowa, historyczna, sensacyjna i kryminalna. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Mimo swojej objętości czyta się bez znudzenia i z wielkim zaciekawieniem. To najlepsza powieść o podróży w czasie, jaką czytałam. Bardzo, bardzo polecam, jak dla mnie – mistrzostwo J

Moja ocena wg. skali lubimyczytac.pl: 9/10 czyli wybitna

Lolanta

***

Moja znajomość z panem Kingiem zaczęła się już kilka dobrych lat temu i wiem, że można się od niego spodziewać powieści życia, czyli takiej, po lekturze której zastanawiałam się dlaczego nie sięgnęłam po nią wcześniej, jak i dość nudnawej powieści, która broni się tylko dobrym rzemiosłem autora.

Czytało mi się dobrze, ale długo. Długo, bo w e-booku, w ulubionej bibliotece ktoś zawsze sprzątnął mi ją sprzed nosa. Taką objętość nie dało się jednak połknąć w dwa wieczory, dodatkowo wciąż czytam na laptopie, bo odkładam kupno Kindle’a.

Trochę się obawiałam tej objętości. Facet przenosi się w czasie i próbuje zapobiec zabójstwu prezydenta Kennedy’ego i co? King opisze nam to krok po kroku? Czy może okaże się, że to horror, a sam prezydent jest jakimś rodzajem zombie, który jednak należy zabić?

I tu zaskoczenie, bo ta powieść była trochę inna, niż przyzwyczaił mnie do tego autor. Oczywiście, tak jak w każdej, każdy szczegół jest dopracowany, postacie rozpisane genialnie i nie ma tam przypadkowych bohaterów, czy nudnych i niepotrzebnych opisów. Wszystko jest na swoim miejscu. Kolejnym plusem jest sama fabuła – można by pomyśleć, że porywając się na taką tematykę może temu nie sprostać, ale wyszło mu to wyśmienicie. Bohater powieści, Jake Epping aka George Amberson, cofa się w czasie do roku 1958 i ma aż 5 lat, które musi tam spędzić, zanim dojdzie do wydarzeń, którym musi zapobiec. Poznaje ten świat od podszewki – segregacja rasowa, domy nie zamykane na klucz, brak telefonów komórkowych, to jedne z niewielu rzeczy, z którymi się zetknął.

Oprócz fantastycznej powieści przygodowej o podróży w czasie, mamy tutaj także trochę kryminału i szczyptę romansu, dzięki któremu wszystko nabrało nowego wymiaru – Dallas ’63 to nie tylko walka dobra ze złem, ale także podążanie za swoim marzeniem, miłości i zdolności do poświęceń w jej imieniu.

King w ciekawy sposób wplótł w powieść efekt motyla, wszystko miało tutaj swoje konsekwencje i choć bohater myślał, że przeszłość pozostaje bez wpływu przez jego wycieczki w czasie, to jednak po czasie okazało się, że się mylił.

Kolejny raz autor umiejscawia po części swoją powieść w Derry. Jeśli nie czytaliście „To”, to w pewnym momencie nie załapiecie momentu spotkania George’a Ambersona z tym mrocznym miastem.

Cóż mogę więcej powiedzieć? Ta powieść ma w sobie wszystko, czego oczekuję od powieści, dodatkowo ma, według mnie, najlepsze zakończenie ze wszystkich powieści Kinga, które przeczytałam. Idealnie nadaje się na ekranizacje i okazuje się, że już za rok trafi na mały ekran – podobno w rolę głównego bohatera w serialu wcieli się James Franco (nie, nie, nie, nie widzi mi się to!).

Mój czytelniczy świat byłby bardzo ubogi bez Stephena Kinga

miss attitude
 

 
W roku 1982 Haruki Murakami sprzedał jazzowy bar i poświęcił się pisaniu, a chcąc utrzymać się w formie, zaczął biegać. Po roku treningów przebiegł samodzielnie z Aten do Maratonu. Od tamtej pory zaliczył dziesiątki maratonów i kilka triatlonów, pisząc między wyczynami kilkanaście cieszących się ogromnym uznaniem książek. O czym mówię rozważa wpływ biegania na swoje życie i przede wszystkim na pisarstwo. Książka ta jest po części rejestrem treningów, dziennikiem intymnym, pamiętnikiem z podróży, a po części wspomnieniami. Obejmuje czteromiesięczny okres przygotowań do Maratonu Nowojorskiego z roku 2005. Świat Murakamiego oglądany przez soczewkę biegania jest na zmianę zabawny i otrzeźwiający, radosny i filozoficznie zadumany, ale nade wszystko odkrywczy – zarówno dla tych, którzy biegają i nie czytają i dla tych, którzy czytają i nie biegają.
/opis z lubimyczytac.pl/





"Nie jestem człowiekiem. Jestem maszyną. Niczego nie czuję. Po prostu zmierzam naprzód. Powtarzam to niczym mantrę."

Ze wszystkich propozycji PKK to książka, której najbardziej nie miałam ochoty czytać. Podczas głosowania w kategorii biografia/autobiografia/pamiętnik miałam wielką nadzieję, że akurat ta pozycja odpadnie i zajmiemy się czymś zupełnie innych. A że stało się inaczej, a ja obiecałam sobie czytać wszystkie książki z naszej listy, już na kilka tygodni przed terminem zabrałam się za czytanie. Najwyżej będę czytać po parę stron dziennie – myślałam – aż dotrę do końca. W końcu to niecałe 200 stron.

Dlaczego takie nastawienie? Haruki Murakami wydaje się być porządnym facetem i dobrze pisze (przeczytałam tylko dwie części „1Q84”), ale nie jestem nim na tyle zainteresowana, żeby zaraz czytać jego autobiografię. A tym bardziej tematyczną, dotyczącą biegania. „(…)chcę przedstawić w niej zebrane przeze mnie przemyślenia, dotyczące tego, czym dla mnie, jako człowieka, jest bieganie. To książka, w której tylko rozważam różne sprawy i głośno myślę.” Serio? Boszsz, jakie to nudne – kłębiło mi się w głowie. Może to jakiś żal przeze mnie przemawia, że ja sama nie mogę biegać, a kiedyś przecież lubiłam. Może to taka zwykła ludzka zazdrość kazała mi myśleć, że to będzie kiepska książka i nie warto się za nią zabierać.

Jednak w miarę czytania coraz bardziej się wciągałam.

Choć dla wielu z Was, tak jak i dla mnie, tematyka może wydać się nudna, nie zrażajcie się, bo to całkiem przystępnie napisana książka i jak się okazuje, wcale nie taka nudna Autor opisuje w niej swoje zmagania na polu sportowym, o książkach pisząc tak, jakby wychodziły spod piora bez największego problemu. To sport, zmuszanie się do codziennego treningu i pokonywanie kolejnych kilometrów sprawia mu najwięcej trudności. Ale też przynosi największą satysfakcję i napędza do życia, czy podejmowania kolejnych wyzwań.

Przez cały czas w trakcie czytania towarzyszył mi podziw dla tego człowieka, dla jego wytrwałości i konsekwencji czynów. Tego, że się nie poddaje tak łatwo, co może być inspiracja dla niejednego czytelnika. Samodyscyplina i pokonywanie własnych słabości nie jest mocna stroną wielu z nas, ale Murakami udowadnia, że tylko dzięki systematycznością uda nam się ją rozwinąć.

"O czym myślę, biegnąc? Zazwyczaj zadają mi to pytanie Ludzie, którzy nigdy nie biegali na długich dystansach. Zawsze zastanawiam się nad nim głęboko. O czym dokładnie myślę, kiedy biegnę? Nie mam zielonego pojęcia. Kiedy jest zimno, chyba myślę o tym, że jest mi zimno. I o tym, że jest mi gorąco w gorące dni. Kiedy jestem smutny, myślę trochę o smutku. Kiedy jestem wesół, myślę trochę o radości. Jak już wspomniałem wcześniej, wracają też do mnie przypadkowe wspomnienia. A bardzo rzadko – tak rzadko, że szkoda o tym mówić wpadam na pomysł, który wykorzystuję w powieści. Mówiąc szczerze, kiedy biegnę, nie myślę o niczym wartym zapamiętania."

Po co ten tytuł? Przecież podważa go w tym cytacie? Może to tylko zwykła przekora.

"Biegnąc, nic nie robię, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi stówy, biegnę po to, żeby osiągnąć pustkę. Ale jak można się spodziewać, w takiej pustce myśli kryją się naturalnie. To oczywiste. W ludzkim umyśle nie może istnieć całkowita pustka. Emocje ludzkie nie są wystarczająco silne ani zintegrowane, żeby dać sobie radę z prawdziwą nicością. Chodzi mi o to, że myśli i idee, które wpływają na moje emocje, gdy biegnę, są podporządkowane pustce. Ponieważ brakuje im treści, są przypadkowymi myślami gromadzącymi się wokół pustki znajdującej się w środku."

Jak na mój gust i tę pustkę myślową, którą deklaruje autor, było trochę za dużo filozofowania, ale ogólnie, ta niewielkich rozmiarów książeczka, nie była wcale tak mało interesująca, jak mi się początkowo wydawało. Murakami potrafi umotywować nie tylko biegaczy, ale należy przeczytać do końca, żeby w pełni zrozumieć analogię między bieganiem, a pisaniem

Moja ocena: 6/10 (dobra)
Lolanta


Jest to moje pierwsze spotkanie z Haruki Murakami. Zawsze sądziłam jednak, że będzie to Norwegian Wood, a nie książka o bieganiu, skoro biegania nienawidzę. Podeszłam do tej lektury trochę sceptycznie, no bo hello, nudzą mnie krótkie artykuły na temat zbawienności biegania nawet na rozwój żuczków gnojowników, a tutaj cała książka?

Ten japoński pisarz ujął mnie swoimi przemyśleniami. Miałam wrażenie, że mówi i myśli, jak ja, chociaż nigdy nie przebiegłam maratonu i biegać „byłam” raz i to dawno.

"To, że jestem mną i nikim innym, jest jednym z moich największych walorów. Emocjonalne rany są ceną, którą płaci się za bycie niezależnym."

Ta książka sama w sobie była taka prosta i orzeźwiająca, dziwiłam się wręcz, że sama nie wpadłam na pewne myśli, że czaiły się we mnie, czułam je na końcu języka, ale nie umiałam tych myśli nazwać. A Murakami umiał. Zawsze będę podziwiała ludzi, którzy codziennie próbują pokonać własne słabości, walczą z codziennością i robią to w przekonujący, szczery sposób.

"Być może w ustach osoby w moim wieku zabrzmi to trochę głupio, ale chcę, żeby wszystko było jasne: należę do ludzi, którzy lubią być sami. Podkreślę to raz jeszcze: jestem osobą, która nie cierpi z powodu samotności. Godzina lub dwie codziennego samotnego biegania, podczas którego z nikim nie rozmawiam, oraz kolejne cztery czy pięć godzin samotnego siedzenia za biurkiem nie są dla mnie ani trudne, ani nużące. Mam taką skłonność od najwcześniejszych lat, kiedy – mając wybór – znacznie bardziej wolałem czytać samotnie książki albo słuchać w skupieniu muzyki, niż spotykać się z innymi. Zawsze mam mnóstwo pomysłów na to, co mogę robić sam."

Spostrzegawcze, inteligentne, ale zarazem proste postrzeganie świata jest czymś, co ujęło mnie u tego japońskiego pisarza. Z pewnością sięgnę po inne tytuły i nie żałuję, że na pierwszy ogień poszła książka o przewrotnym tytule.

"Ludzie niekiedy szydzą z trenujących codziennie, twierdząc, że niektórzy są gotowi zrobić wszystko, byle tylko przedłużyć sobie życie. Moim zdaniem część z nas biega wcale nie dlatego, że chce żyć dłużej, ale dlatego, żeby przeżyć życie najpełniej. Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle."

Miss Attitude
  • awatar Illusion: Próbowałam przeczytać, ale trochę mnie zanudzała, więc odpuściłam.
  • awatar hairlovelo: Tego autora czytałam "Na południe od granicy, na zachód od słońca" i też przypadła mi do gustu aczkolwiek trochę zwariowana :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

"Leonard Peacock kończy osiemnaście lat. Z tej okazji szykuje prezenty dla przyjaciół, goli głowę na łyso i zabiera do szkoły pistolet… Tego dnia zamierza rozliczyć się z przeszłością i dorosłymi, którzy go nie rozumieją. W świecie Leonarda nie ma miejsca na kompromisy, wszystko jest albo czarne, albo białe. Jak w starych filmach z Humphreyem Bogartem... Pif-paf!

"Wybacz mi, Leonardzie" to jedna z trzech powieści młodzieżowych Matthew Quicka. To książka o szukaniu zrozumienia i buncie przeciwko zasadom, którymi kierują się dorośli."



Zanim zabrałam się za Wybacz mi Leonardzie, jedenastą pozycję z listy PKK na rok 2015, zdążyłam wcześniej przeczytać dwie inne książki tego autora: Poradnik pozytywnego myślenia oraz Niezbędnik obserwatorów gwiazd. Kiedy pierwsza skierowana jest do dorosłych, odbiorcą drugiej z nich jest młodzież. Co łączy te dwie pozycje, to emocjonalne problemy bohaterów, mocno ocierające się o chorobę psychiczną. W Wybacz mi, Leonardzie również można zaobserwować taką tendencję i muszę przyznać, że jest to mocna strona prozy Matthew Quicka. Ma on szeroką wiedzę na temat psychologii człowieka i potrafi ją odpowiednio wykorzystać w swoich powieściach.

"Ciekawe, czy rzeczywiście tylko ja to zauważyłem, a jeśli tak, co to o mnie mówi. Czy oznacza to, że jestem dziwny? (Albo dziwniejszy, niż mi się wydawało?) A może po prostu spostrzegawczy?"

Tym razem mamy do czynienia z osiemnastolatkiem, który postanawia zabić kolegę, a potem siebie. Nie od razu dowiadujemy się, dlaczego. Książka napisana jest w narracji pierwszoosobowej, co pozwala odbierać ją bardziej osobiście, jak pamiętnik chłopca. Leonard Peacock stopniowo, krok po kroku opowiada, co wydarzyło się w jego życiu, doprowadzając go to takiej rozsypki. Jego wypowiedzi charakteryzują częste i długie przypisy. Te dygresje ze strony Leonarda, czasem mogą wybijać z rytmu, ale bywają też zabawne, więc warto czytać je na bieżąco. Tym bardziej, że ich treść ma spore znaczenie dla całości.

Autor kładzie nacisk na inność, ale nie sugeruje prób dopasowania się do identycznych kopii ludzkich amerykańskiego społeczeństwa. Mimo problemów psychicznych, jakie powoduje inność, proponuje by ją zaakceptować i cieszyć się z niej.

"Podczas jednej z rozmów po lekcji Herr Silverman powiedział mi, że kiedy jakiś człowiek sprzeciwia się zastanemu porządkowi i zaczyna więcej wymagać od siebie, to nawet jeśli swoim postępowaniem przynosi korzyści innym, ludzie mają mu to za złe, głównie dlatego, że brakuje im siły, aby pójść w jego ślady."

Wydaje mi się, że młodzi czytelnicy bardziej docenią tę książkę niż ja, bo łatwiej będzie im się w niej odnaleźć. To jedna z ciekawszych powieści, których adresatem jest młodzież, jakie ostatnio czytałam. Matthew Quick nie boi się trudnych tematów i niewygodnych pytań. Dobrze napisana, interesująca.

Moja ocena: 6/10 (dobra)

Lolanta


***

"Ludzie płacą za to, co robią, a w jeszcze większym stopniu za to, czym się stali. A płacą za to w bardzo prosty sposób – pozostałym życiem."

Jest to moja trzecia książka Matthew Quicka, po "Poradniku pozytywnego myślenia" i "Niezbędniku obserwatorów gwiazd" i zarazem, moim zdaniem, najsłabsza z nich.

Nie ukrywam, że pewne przemyślenia Leonarda - głównego bohatera, który pewnego dnia wyrusza do szkoły, by zabić swojego kolegę i siebie samego, po drodze wręczając niektórym prezenty - były mi bliskie i rozumiałam motywy, które nim kierowały. Choć nie byłam outsiderem w takim wymiarze, w jakim Peacock, to niektóre opisy poruszyły moją czuła strunę.

Ale czy ta książka rzeczywiście powinna być kierowana do młodzieży? Czegoś mi w niej brakowało. Powód krucjaty Leonarda był opisany po macoszemu, trochę na siłę. Nie podobał mi się też przekaz, który w pewnym momencie wybrzmiewał z tej książki - nie musisz się dostosować, pierdol to, najwyżej przyjdziesz do szkoły z pistoletem!

Listy z przyszłości byłyby ciekawym zabiegiem, gdyby nie były tak futurystyczne - a może to ja, nie lubiąca takich klimatów, nie za bardzo potrafiłam się w to wczuć. Opisane było to raczej dezorientująco - nie wiedziałam, czy to rzeczywiście opis przyszłości, sen, czy fantazja.

Leonard Peacock jest dziwny, zamknięty w sobie, opuszczony przez matkę i balansujący na granicy zdrowego rozsądku, rozpaczy i szaleństwa.

"Zdaniem Herr Silvermana o pronazistowskie sympatie oskarżano również Walta Disneya, który rzeczywiście chodził na spotkania nazistów, umieszczał antysemickie obrazy w swoich kreskówkach i przyłączył się do grupy, która dyskryminowała Żydów w branży rozrywkowej. Walt Disney! Trudno uwierzyć, jak wielu ludzi ma skrycie poglądy rasistowskie. Miliony poczciwych dzieciaków z całego świata przyjeżdżają do parków rozrywki Walta Disneya i znakomicie się bawią z całą rodziną – a wszystko to odbywa się według zamysłu sympatyka nazistów. Dlaczego prawie nikt o tym nie mówi? Herr Silverman twierdzi, że Disney chciał stworzyć utopię tak pociągającą, tak przekonującą, że nikt nie odważyłby się jej oprzeć. „Kogo wam to przypomina?”, spytał Herr Silverman, a my rozumieliśmy, że odpowiedź brzmi: Hitlera. Kilkoro uczniów miało za złe Herr Silvermanowi tego rodzaju porównania. Lori Sleeper zaprotestowała: „Dlaczego próbuje pan zniszczyć nasze dzieciństwo?”. Na co on odparł: „Wolałabyś nie wiedzieć, że Walta Disneya często oskarża się o sympatie nazistowskie?”. Lori Sleeper zawołała: „TAK!”, czym wprawiła mnie w lekkie przygnębienie, ponieważ widziałem, że naprawdę tak myśli. Chowanie głowy w piasek to niezwykle popularna strategia w mojej szkole. Można odnieść wrażenie, że nawet gdyby parki rozrywki Disneya zasilano energią generowaną przez niewolników sprowadzanych potajemnie z Afryki, ludzi skutych łańcuchami i zmuszonych do napędzania stacjonarnych rowerów podłączonych do generatorów prądu, ludzi chłostanych, zamykanych na noc w klatkach i niedożywionych – mieszkańcy Ameryki nadal przywoziliby swoje dzieci do Disneylandów. Dopóki nie musieliby oglądać na własne oczy chłostanych niewolników. Wystarczy ukryć okropieństwa, a większość Amerykanów przejdzie nad tym do porządku dziennego. Przygnębiające."

Książki Matthew Quicka przyciągają mnie swoimi ciekawymi okładkami. Zostaję przy nich dla interesującej, innej treści. Nie tylko dla młodzieży.

miss attitude
 

 


Głosowanie na książki z listy osobistej Pingerowego Klubu Książki dobiegło końca. Dziękujemy wszystkim za Wasze głosy. Podliczyłyśmy całość z pinga, wordpress oraz fejsa i okazało się, że mamy jednego zwycięzcę (Czarne skrzydła), a dalej 3 książki z tą samą liczbą głosów. Zdecydowałyśmy, że nie ma, co robić dogrywki, po prostu przeczytamy wszystkie 4 i mamy nadzieję, że Wy również dołączycie

Oto nowy i terminarz do końca 2015:

01.08 – Matthew Quick „Wybacz mi, Leonardzie”
22.08 – Haruki Murakami „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”
12.09 – Stephen King „Dallas ’63”

03.10 – Sue Monk Kidd „Czarne skrzydła”
31.10 – Zadie Smith „Londyn NW”
21.11 – Katarzyna Pużyńska „Motylek” (Lipowo #1)
26.12 – Jonas Jonasson „Analfabetka, która potrafiła liczyć”
 

 
Nadszedł czas na to co Klubowicze lubią najbardziej – głosowanie! Już nie raz zauważyłyśmy, że wybieranie książek do czytania to Wasza ulubiona aktywność, więc dziś macie okazję się wykazać Ale nie martwcie się, bez zobowiązań. Głosowanie na którąś z pozycji poniżej nie jest jednoznaczne z tym, że MUSICIE ją przeczytać (choć fajnie by było) i udzielać się później w komentarzach pod wpisem (choć to też by było bardzo fajne ) Może wyjaśnimy…


Nasz dotychczasowy terminarz na rok 2015 obejmuje 13 książek, które czytaliśmy, co 3 tygodnie. Lista kończy się we wrześniu razem z Dallas ’63 Stephena Kinga (12.09), więc do końca roku zostają nam 3 całkiem gołe miesiące. Tak jak te 13 książek wybraliście Wy, z Waszych propozycji, tak ostatnie trzy będą z naszej (Lolanty i Miss Attitude) puli TBR. Waszym zadaniem będzie wybrać 3 książki spośród czternastu zamieszczonych poniżej. To mogą być zarówno książki, które kiedyś czytaliście i zachwycaliście się nimi, jak i takie, które sami chcielibyście przeczytać razem z nami, lub też zwyczajnie zobaczyć je u nas na blogu. Trzy książki z największą liczbą głosów staną się naszymi książkami miesiąca w październiku, listopadzie i grudniu 2015 roku.

Głosujecie na jedną, dwie lub trzy dowolne książki, nie więcej, bo i tak na więcej nie wystarczy nam czasu Numerki w komentarzu wystarczą. Tutaj, na Facebooku https://www.facebook.com/pingerowyklubksiazki?ref=hl lub na naszej nowej stronie (przy okazji zobaczcie nowy szablon ) https://pingerowyklubksiazki.wordpress.com/2015/07/16/glosowanie-pkk-lista-osobista-2015/

1. Analfabetka która potrafiła liczyć - Jonas Jonasson
2. Czarne skrzydła - Sue Monk Kidd
3. Domofon - Zygmunt Miłoszewski
4. Jaśnie pan - Jaume Cabré
5. Kąpiąc lwa - Jonathan Carroll
6. Kostka - Iza Korsaj
7. Londyn NW - Zadie Smith
8. Moralność pani Piontek - Magdalena Witkiewicz
9. Motylek (Lipowo #1) - Katarzyna Pużynska
10. Nomen Omen - Marta Kisiel
11. Obietnica gwiezdnego pyłu - Priscille Sibley
12. Ofiara Polikseny (Mario Ybl #1) - Marta Guzowska
13. Szczygieł - Donna Tart
14. Wawyard Pines. Szum (Wayward Pines #1) - Blake Crouch
  • awatar niewierna_ja: 3 i 14. Domofon zamierzam przeczytać. Jestem na etapie poszukiwań za niską cenę na własność :p
  • awatar wielkiebum: 1, 8 i 11 :-)
  • awatar Rene^^: Zainteresowała mnie książka nr 8, 13 i 6 :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 

"Zielony sweterek istnieje do dziś. Jest eksponatem w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu.

Prawdziwa historia Krystyny Chiger – żydowskiej dziewczynki, której życie w czasie wojny ocalił Leopold Socha – polski kanalarz ze Lwowa. Przez 14 miesięcy pomagał i dawał schronienie ukrywającej się w kanałach grupie uciekinierów z getta. To, co wydawało się okazją do zarobku, stało się jednak heroiczną walką o życie ludzkie…

Tytułowa dziewczynka to ośmioletnia Krysia, która opowiada o pobycie w lwowskim getcie i codzienności w cuchnących kanałach. Jej historia jest pełna kontrastów – między przedwojennym, luksusowym życiem rodziny Chigerów a miesiącami spędzonymi w ciemności, brudzie i wilgoci. Ta książka jest zadziwiającym i budzącym nadzieję dowodem siły ludzkiego charakteru. Jest w niej wszystko: strach, rozpacz, miłość, modlitwa, zdrada, nadzieja, intymność…

Tę historię opowiada przejmujący film Agnieszki Holland „W ciemności”, wyprodukowany przez Studio Filmowe Zebra (w koprodukcji z Niemcami oraz Kanadą), z wybitną rolą Roberta Więckiewicza."



Tytułowa „Dziewczynka w zielonym sweterku” to sama Krystyna Chiger, autorka książki. Opowiada o tym, co przeżyła we Lwowie w czasie wojny. Kiedy zeszli do podziemi, miała zaledwie 8 lat, ale dobrze pamięta strach – tego się nie zapomina. Część jej historii to zlepek wspomnień innych mieszkańców kanałów. Sama nie byłaby w stanie zebrać wszystkiego, gdyż, jako mała dziewczynka, pewnych rzeczy nie zauważała, lub nie były dla niej istotne.

Opis życia w ściekach pod ziemią niejednego przyprawi o ciarki. Ja przez całą lekturę zastanawiałam się, jak to jest, że oni przeżyli? Jak silnym trzeba być, żeby przetrwać w tak nieludzkich warunkach? Przyznam, że sama zapewne bym nie dała rady. Wszechogarniający brud, smród, głód, szczury… Przypuszczalnie zrobiłabym tak jak wielu innych ukrywających się tam ludzi – wyszłabym na zewnątrz, na pewna śmierć.

Ta wstrząsająca lektura pokazuje jak wiele człowiek może znieść. Ukazuje piekło drugiej wojny światowej, wieczną ucieczkę Żydów, nieludzkie warunki, poniżenie. Ale pokazuje też jak przetrwać, nie tracić nigdy nadziei, potrafić zaufać innym ludziom. W czasie lektury czułam wielki podziw dla tych, co przetrwali i ogromną złość na tych, co zgotowali im ten los. Przeczytaj – może zmienić Twoje spojrzenie na wiele spraw.

Lolanta

***

Sądziłam, że czeka mnie ciężka lektura – mimo ważnych tematów nie przepadam za książkami o tematyce wojennej albo osadzonej w tych czasach, bo przeważnie ciężko mi się ją czyta, a i potrzebny jest na takie lektury czas i skupienie. Zaskoczyło mnie to, że jest tak dobrze napisana (zredagowana?), podzielona rozdziałami sprawiała, że szybciej się ją czytało, nie przynudzała (pardon!) detalami, skupiła się na historii „Dziewczynki w zielonym sweterku”.

A dziewczynką tą jest Krysia Chiger, Żydówka z Lwowa, która wraz z rodziną trafia do getta, a później na Leopolda Sochę, drobnego złodziejaszka, którego nawróciła dobra żona i córka, a który pomaga im zejść do kanałów i tam przeżyć. Poldek, jak nazywali go „kanalarze”, widział w nich szybki zarobek, ponieważ płacili mu za możliwość schronienia, za pomoc i za jedzenie, które codziennie dostarczał wraz z innymi, którzy skłonni byli przez czternaście miesięcy ukrywać prawdę i podporządkować swoje życie do rytmu dnia (a raczej nieustającej nocy) osób ukrywających się w kanałach.

Znamienne jest to, że rodzina Chigerów cierpi za swoje pochodzenie, a nie jest zbytnio religijna.. Skupiają się raczej na tradycji, kulturze, ale nie na modlitwach. Kiedy przestaje obowiązywać pakt o nieagresji to właśnie ich pochodzenie i wyznanie sprawi, że będą musieli walczyć o przetrwanie.

Jak silna jest wola walki? Ta lektura świetnie to pokazuje. Boli w pewnych momentach, skłania do refleksji. Ukazuje też jak musiała żyć ze sobą grupa ludzi, którzy w normalnych warunkach nawet by się ze sobą nie zetknęli, nie minęli na ulicy. Do czego popycha ich wola walki, zaszczucie, wszechobecny brud, smród, szczury i strach o własne życie.

Właśnie pojmowałam, że w naszym życiu nie ma miejsca na łzy. Później, kiedy ukrywaliśmy się w kanałach, blisko ulicy, na której bawiły się dzieci, nie mogłam płakać, bo zdradziłabym naszą obecność. Ale tutaj, widząc, jak moją kuzynkę i moją babcię zabierają na pewną śmierć, miałam oczy przepełnione łzami. Rodzice starali się być tacy dzielni, tacy silni. Byli tak skupieni na staraniach o przetrwanie naszej czwórki, że zbyt głęboki żal po tych, których straciliśmy, mógłby ich oderwać od celu . Nie musieli mi o tym mówić. Wszyscy byli bardzo smutni, myśląc, co spotkało Inkę i babcię, myśląc, co mogło się z nimi dziać potem, ale tylko tyle miejsca na smutek mogło być w nas. Usunęliśmy smutek z naszych umysłów. Nie dlatego, że nie kochaliśmy naszych bliskich, czy nie troszczyliśmy się o pamięć o nich. Nie z powodu braku szacunku albo obojętności. Nie – ponieważ nie było już więcej miejsca na łzy. Nie można było jawnie okazywać smutku. Nie w getcie, już nie. Dlaczego? Ponieważ każda osoba wokół przeżywała własny smutek. Wszyscy byliśmy świadkami, jak nasi bliscy, nasi przyjaciele byli zabierani na rzeź. Mogliśmy być pogrążeni w rozpaczy, ale w tym samym czasie mieliśmy nadzieję, że nie będziemy następnymi.

Potrzebna lektura, tym bardziej wstrząsająca, że prawdziwa, a jej bohaterką jest siedmioletnie dziecko, które musiało przedwcześnie dojrzeć i stawić czoła życiu. Cóż więcej można powiedzieć? To ludzie ludziom zgotowali ten los..

miss attitude
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Illusion: A my się cieszymy, że "popchnęłyśmy" Cię do przeczytania czegoś innego, a w dodatku, że się podobało :) To nie jest łatwa lektura, to fakt, ale czasem właśnie po takie warto sięgnąć, choć może zaboleć. L.
  • awatar Illusion: To już któraś z kolei książka, po którą nie sięgnęłabym na pewno, gdyby nie PKK. Zazwyczaj wybieram książki lekkie, przyjemne, przy których mogę się zrelaksować. "Dziewczynka.." była więc dla mnie wyzwaniem. Leżałam wygodnie na łóżku, czy na leżaku w komportowym, bezpiecznym miejscu i aż było mi głupio czytać o losach Krysi, która jako małe dziecko wykazała się w tym trudnym czasie większą odwagą niż ja przez swoje całe dotychczasowe życie... Nie będę mówić ile razy musiałam się zatrzymać czytając, bo oczy nabiegły mi łzami, ile razy wracałam do poprzedniego akapitu, bo tak szybko się czytało, że miałam wrażenie, że nie udało mi się pojąć pewnych kwestii, a nie można było tak po prostu tego przeczytać na raz i zapomnieć. Cieszę się, że dzięki Wam ta książka trafiła w moje ręce. Warto przeczytać.
  • awatar Jestem Arielka: o ja też :) brzmi bardzo ciekawie :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Anna Karenina wiedzie dostatnie, stabilne i nieco nudne życie u boku dużo starszego męża. Piękna młoda kobieta spełnia się jako matka, ale nie stroni też od przyjęć, jest uwielbiana na petersburskich salonach. Spokój znika wraz z pojawieniem się hrabiego Wrońskiego, który wprowadza w życie Anny namiętność, jakiej nigdy nie zaznała. I zniszczenie, którego nie da się cofnąć. To ponadczasowa powieść o uczuciu, które od początku było skazane na potępienie. Uczuciu, dla którego Anna poświęciła wszystko.

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/152298/anna-karenina




Lolanta:
Zanim zabrałam się za czytanie, najbardziej obawiałam się, że będzie za dużo o polityce. Na początku powieści prawie tego nie było, były za to całkiem przyjemne i zabawne rozmowy. Znalazło się nawet kilka „złotych myśli”. Więcej można było się dowiedzieć o obyczajach carskiej Rosji, uszczknąć trochę historii… polityka była, ale nie przytłaczała. Na początku. Bo druga połowa tak była nią przesączona, na dodatek okraszona filozoficznymi dywagacjami bohaterów, że książka zaczęła mnie mocno nużyc. Ostatnie strony już tylko kartkowałam, zatrzymując się, przy co ciekawszych zagadnieniach. Lubię grube książki. Lubię wsiąknąć w powieść, czerpać z niej całymi garściami, ale musi to być powieść, w której dużo się dzieje, lub też zawiera wyjątkowo interesujące mnie zagadnienia, inaczej po pewnym czasie zaczynam się nudzić.

I choć na początku książka bardzo mi się podobała, z biegiem traciła na atrakcyjności przytłaczając mnie tematyką, której zwyczajnie nie lubię. Jeśli chodzi o sama fabułę, jest ona niespieszna, ale interesująca. Przedstawia życie Anny, jej troski i dylematy wynikłe ze związku z Wrońskim. Pokazuje jak ciężko odnaleźć się w towarzystwie kobiecie „wyklętej”, która opuściła męża i została zmuszona do zostawienia mu dziecka. Nie mnie ją oceniać, jej czyny, jej myśli, jej miłość. Czytanie o losach Anny to była jednocześnie przyjemność kunsztu pisarskiego i męka z powodu tego, co jej się przydarzyło. Bo Tołstoj o miłości pisze tak, że człowiek bezwiednie się uśmiecha w niejakim błogostanie uczuć przezywanych przez bohatera. Ale jednocześnie, gdy postacią targają gniew, czy zazdrość, podobnie odczuwa je czytelnik.

Moja ocena według skali lubimyczytac.pl: 6-7/10, czyli waham się między dobra, a bardzo dobra


Miss Attitude:
Stosunek do klasycznej literatury mam ambiwalentny. Bo z jednej strony chcę poznać te wszystkie historie, których nie wypada nie znać, zwłaszcza zaczytując się w książkach odkąd się tę umiejętność nabyło. A z drugiej – żadna jakoś mnie nie porywa, może chwilowo, a już na pewno nie na tyle, bym sięgała po nią co jakiś czas albo określiła ją mianem ulubionej.

Najpierw zaskoczenie – to nie jest romans, to przekrój rosyjskiego społeczeństwa, jej polityki i podłoża historycznego. Opisane są wszystkie stany społeczne, ich zawody. Młode kobiety, starsi mężczyźni, wojskowi, arystokracja, chłopi, bezdzietni, ciężarne, wierni mężowie, niewierne żony. Każdy może się z kimś zidentyfikować.

Historia Kareniny to pretekst, żeby zawrzeć w niej swoje poglądy, nakreślić jakiś przekrój społeczny, obyczajowy, pokazać spektrum postaw moralnych wokół tej historii. A sama historia? Zestawiona z miłością Kitty i Lewina daje nam dwie drogi, którymi możemy podążyć – rzucenia się w wir namiętnej miłości (czy naprawdę miłości?), która prędzej czy później nas spali albo długo dojrzewającej miłości, która wymaga wyrzeczeń, rozwija się powoli, ale gwarantuje bezpieczeństwo i stabilizację.

Trochę razi i bulwersuje ten ostracyzm Anny, podczas gdy Wroński wciąż cieszył się atencją, chociaż dobrze wiem, żebył wynikiem hipokryzji elit tamtych czasów. Jednakże sama postać Anny nie przypadła mi do gustu – na początku taka silna i zdecydowana, pod wpływem miłości stała się słaba, nieracjonalna. Znowu bohaterka klasycznej powieści mnie denerwowała, chyba zrobię sobie przerwę .

Wiele rzeczy było zbędnych, jak krytyka ustroju feudalnego. No błagam.. To ostatnia rzecz, jakiej spodziewałam się w klasycznej historii miłosnej!

Każda z postaci jest jednak wyrazista, dobrze zbudowana, odnosi się wrażenie, że ma swój cel w tej historii i odkryjemy go z czasem.

Największą wartością tej książki jest jej doskonały język i panorama życia XIX-wiecznej Rosji. Z pewnością nie jest nią ta historia miłosna, choć muszę przyznać, że Tołstoj był prawdziwym psychologiem i znawcą kobiet.

Cóż, szukam dalej idealnej dla siebie historii miłosnej, chyba nie odnajdę jej jednak w klasyce
  • awatar Illusion: Miałam podobne odczucie, że książka ciągnęła się niepotrzebnie, można z niej zrobić trzy różne książki ;) Ciekawa historia, ciekawi bohaterowie i zakończenie. Szczerze mówiąc cały czas liczyłam, że zakończy się to jakoś inaczej ale... jestem naiwna ;) Przebrnęłam i czuję z tego powodu satysfakcję, ale już wiem, że nie wrócę do tej książki.
  • awatar bookreview: Hej, świetny blog :)Będę korzystać :D Zapraszam do mnie ;)
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @LUAU LUAU: Ja polecam Ci książki Moniki Szwaji. Pisze lekkie, ale nie głupawe romanse. Lolanta
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 

"Czy wraz z tragedią na Broad Peak kończy się w Polsce himalaizm, jaki znaliśmy dotychczas?
Autorzy próbują odpowiedzieć na to pytanie, analizując krok po kroku najważniejsze wydarzenia podczas polskiej wyprawy na Broad Peak w 2013 roku. Przeprowadzają dramatyczne rozmowy ze świadkami wydarzeń, przyjaciółmi tragicznie zmarłych i ich rodzinami. Dokonują wiwisekcji etyki polskiego himalaizmu. Piszą też o granicach pasji, zastanawiają się, czy wspinaczka jest hymnem wolności, czy też raczej najwyższe góry powinniśmy nazywać Himalajami egoizmu?"



Na naszą propozycje do czytelników bloga o wysunięciu własnej kategorii książek na listę PKK, koleżanka Obietyw-NIEJ zaproponowała książki „górskie”. To jej pasja, a ja lubię poznawać nowe zagadnienia, więc zgodziłam się w sumie nawet ochoczo: będzie okazja do poszerzenia horyzontów.

Niestety, okazało się, że moje horyzonty są już tak zatwardziale i wąskie, że przesunięć się nie chcą nawet odrobinkę. „Broad Peak. Niebo i piekło” kupiłam z myślą – oto i nowe zainteresowanie, będę ciekawsza, kiedy powiem, że lubię góry Ale ja góry, owszem, lubię, ale raz na kilka lat wystarczy mi po nich połazić, a potem mogę zapomnieć. A jeszcze w zimie? Zapomnij! Nikt mnie zimą nie wyciągnie na niebezpieczny trakt.

Mimo moich wielkich chęci „Broad Peak” nudził mnie niemal od pierwszej strony, a nawał nazwisk, które kompletnie nic mi nie mówiły (noo, może poza Jerzym Kukuczką i Wandą Rutkowską) przytłoczył. Były to dla mnie informacje kompletnie bezwartościowe i nic nie wnoszące, bo i tak żadnego z tych nazwisk nie zapamiętałam. Historia polskiego himalaizmu zimowego również wydała mi się mało interesująca, a relacje świadków, przeżycia rodzin jakby wyrwane z kontekstu. Książka jest mało spójna, a ja lubię, kiedy jest w miarę porządek. Pierwsze strony były zbyt chaotyczne, raz wspomniano taką wyprawę, innym razem zupełnie inną. Dla kogoś, kto kompletnie nie interesuje się tematem i nie ma zielonego pojęcia o górach jest to niezrozumiale i nieciekawe.

W tym temacie jestem ignorantką, wiem bardzo niewiele, nie ciągnie mnie do tego świata i nie rozumiem pasji narażania życia swojego i innych, żeby zdobyć jakiś szczyt. Tym razem nie będę oceniać książki według skali gwiazdkowej z lubimyczytac.pl, bo jej nie skończyłam i taka ocena może być krzywdząca, skoro zupełnie nie potrafię docenić treści w niej zawartych. Według mnie to pozycja tylko dla miłośników gór, lub też ludzi bardziej otwartych na tego typu książki.

Szkoda

Lolanta


***


Dwa lata po tragicznych wydarzeniach z Broad Peak, które przeżywała cała Polska, a w szczególności środowisko himalaistów i internauci wyżywający się na forach dyskusyjnych, sięgam po książkę opisującą je dokładnie i jestem zaskoczona.

Jestem zaskoczona, że jest to pozycja tak dokładna, rzetelna i nie zanudzająca detalami. Przecież wszyscy wiemy, co tam się stało. Do znudzenia, choć to brutalnie brzmi biorąc pod uwagę śmierć dwóch osób, wałkowano temat, wywiady z wszystkimi osobami związanymi ze sprawą, nabijano oglądalność reportażami i dywagacjami „co by było gdyby”.

A ta pozycja jest świeża, rzetelna, bardzo wzruszająca. Do gór mam stosunek osobisty, ale to, w jaki sposób został opisany m.in. Maciej Berbeka wycisnął mi łzy z oczu . Książka ta jest bezstronna, obiektywna i nie oceniająca żadnej z podjętych „na górze” decyzji. Poznajemy każdego z uczestników wyprawy, /najmniej, a prawie wcale, Artura Małka, który nie zgodził się na rozmowę z autorami – Bartkiem Dobrochem i Przemysławem Wilczyńskim/, co doprowadziło ich na szczyt Broad Peaku, ich historię, rozmowy z bliskim, wspomnienia z tego tragicznego dnia.

Nie sposób ocenić postępowania uczestników wyprawy, ale książkę już mogę – jest napisana z rozwagą, pozwala choć trochę zrozumieć ludzi, którzy zginęli spełniając swoje marzenie. Wielkim plusem jest także rzetelne dziennikarstwo autorów, którzy starali się nie żerować na tragedii.

Świetna pozycja dla osób, które chcą poznać szerzej historię polskiego himalaizmu, zagłębić temat niegdysiejszej etyki wspinania się i porównać, czym różniły się wyprawy z lat 80-tych, a te dzisiejsze. Czy ta książka to próba odpowiedzi jaki jest sens himalaizmu? W pewnym sensie tak, ale jesteśmy tylko obserwatorami, którzy siedzą w ciepłym domu i prawdopodobnie nigdy nie będą musieli zmierzyć się z odmrożeniami, hipotermią czy wielkim zmęczeniem, które nie pozwala dalej iść.

„Góry nie znoszą gadulstwa.„

miss attitude
 

 
"Bohaterem powieści jest mężczyzna cierpiący na bezsenność, Ralph Roberts. Im krócej sypia, tym dziwniej postrzega świat i ludzi wydaje mu się, ze zaczyna widzieć ich aury, a także tajemnicze istoty towarzyszące zgonom jego znajomych i przyjaciół. Tymczasem miasto jest rozrywane społecznymi zamieszkami spowodowanymi powstaniem szpitala, centrum opieki, w którym dokonuje się m.in. zabiegów aborcji. Inspirują je zrzeszeni w Pro-Life obrońcy życia nie narodzonych dzieci. Na czele ruchu stoi człowiek obłąkany, sadysta skazany za znęcanie się nad własną rodziną. Planuje on zamach na centrum i zgładzenie przebywających tam ludzi. Jest wśród nich chłopiec, w którego rękach spoczywa los wszechświata. Tylko Ralph dzięki swoim niezwykłym zdolnościom postrzegania może ich ocalić…"
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/171717/bezsennosc



Uwielbiam Kinga, bo jest co uwielbiać. Potrafi podać najbardziej niewiarygodną historię w taki sposób, że jestem skłonna w to uwierzyć, ba!, zakochać się w bohaterach i z zapartym tchem śledzić ich losy. Dlatego ciężko mi przyznać, że ta książka jest dla mnie jedną z najsłabszych, jakie przeczytałam tego autora. Po jej przeczytaniu jestem skłonna uwierzyć w głosy ludzi, którzy twierdzą, że King jest zwyczajnie cholernie dobrym rzemieślnikiem. Bo tak, widać ogrom pracy przy tej książce, ale im głębiej, tym bardziej traci sens. Jest to ponad 600 stron historii, która nie porywa. Nie wiem, w którą stronę chciał iść King – czy miał być to horror (bo nie przestraszył w ŻADNYM momencie), czy thriller? Czekałam, aż historia nabierze rozpędu, ale snuła się, tak jak bohater – była nudna, a jej tytuł jest przekorny, no naprawdę mnie uśpiła. Recenzja krótka, ale nie mam nic więcej do dodania..
Miss Attitude

„Bezsenność” zaczęłam czytać akurat w krótkim okresie, kiedy sama miałam problemy ze spaniem. Przewracanie się z boku na bok i brak snu tym bardziej skłaniały mnie do sięgnięcia po tę książkę i pewnie bym to zrobiła, nawet gdyby nie była liście PKK. Trochę się początkowo obawiałam, bo Miss Attitude mnie wyprzedziła i już zdążyła oznajmić, że wyjątkowo ta książka to raczej lek na bezsenność. A ona uwielbia Kinga! Zmartwiłam się, ale cóż, jedna książka, wiele opinii, trzeba przekonać się samemu. Myślę, że dla kogoś, kto nigdy nie miał problemów ze snem i ich nie rozumie, ta książka rzeczywiście może być trochę, (hmmm, aż mi dziwnie, że to mówię o Kingu), nudna. Początek jest niespieszny, główną postacią jest stary człowiek, czyli mało atrakcyjny z punktu widzenia czytelnika, bohater. Ralphowi zmarła żona, a on w ponad miesiąc od jej śmierci zaczął mieć problemy ze snem. A dokładniej to z budzeniem się. Codziennie o kilka minut wcześniej. Dzień w dzień. Albo raczej noc w noc. I zaczyna widzieć aury…
Trudno jest mi określić w jednoznaczny sposób tę powieść, bo jednocześnie mi się podobała i nie podobała. Chociaż… nie jednak z naciskiem na podobała. Dlaczego takie mieszane uczucia? Jak na mój gust było zbyt wiele powtórzeń tych samych aspektów, jakby King przestał wierzyć w swoich czytelników i postanowił powtarzać im do znudzenia pewne rzeczy aż zrozumieją, o co mu chodzi. Kiedy już wszystko mniej więcej staje się jasne, on dla pewności po raz kolejny tłumaczy jak to jest z tymi aurami, że są takie kolorowe. Przez te właśnie powtórzenia książka momentami nużyła, bo nikt nie chce czytać wciąż tego samego tylko ubranego w trochę inne słowa.

Z drugiej jednak strony, widać było, że autor bawi się „Bezsennością”. Dodaje coraz to nowsze, charakterystyczne dla niektórych jego powieści kosmiczne watki. Ja akurat nie jestem fanką tych jego „ufoków” (i nie, nie mam tu na myśli zielonych ludków), ale momentami zabawnie było za ich pomocą śledzić, jaką ścieżką biegnie umysł mistrza. Np. to jak nadaje swoim postaciom właściwości superbohaterów – odmładza ich i uposaża w umiejętności karate pochodzenia kosmicznego. W sumie… ciekawie by było zobaczyć „Bezsenność” jako komiks.
Moja ocena: 6/10 (dobra)
Ciekawa jestem, jak wy odebraliście „Bezsenność”.
Lolanta

https://pingerowyklubksiazki.wordpress.com/2015/05/09/stephen-king-bezsennosc/
  • awatar LUAU LUAU: Uwielbiam Kinga. Jedyna książka, której fenomenu nie rozumiem to Lśnienie. I zastanawiam się co jest ze mną nie tak, przecież porwała tylu czytelników.
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Obiektyw-NIEJ: "Pod Kopułą" uwielbiam, ale fakt, byłaby o wiele lepsza bez całej tej kosmicznej akcji. Jednak w przypadku "Bezsenności" sprawy tak szybko poszły w tę stronę, że nie dałoby się ominąć tych motywów, bo przecież generalnie to nie o tytułową Bezsenność w tym wszystkim chodzi. Lolanta
  • awatar Obiektyw-NIEJ: @Pingerowy Klub Książki: Szkoda, że Broad Peak Ci nie podchodzi :( Ale rozumiem, bo mnie na przykład kompletnie nie porywa literatura żeglarska :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Pamiętacie, że już jutro na PKK "Bezsenność" Stephena Kinga?

A dziś jeszcze zapraszam do pratchettowego konkursu u mnie na blogu: https://lolantaczyta.wordpress.com/2015/05/05/konkurs/

Konkurs będzie trwał do 11 maja 2015.

Lolanta
 

 
"Książka – legenda, której niesłabnącą popularność przyniosła doskonała ekranizacja oraz niezapomniana postać głównej bohaterki, która nie ma sobie równych w całej historii literatury.
Rok 1861. Czas wojny secesyjnej – Ameryka przechodzi głębokie wewnętrzne przemiany, które na zawsze zmienią jej obraz. Świat Południa, wielkich plantacji, możnych panów i czarnoskórych niewolników odchodzi w zapomnienie, pochłaniany przez industrialną, nastawioną na przemysł rzeczywistość. Scarlett O’Hara, córka zamożnego plantatora bawełny z Georgii, ma zaledwie szesnaście lat, jednak jej duma, upór i energia wydają się nie znać granic. Kiedy jej ukochany Ashley Wilkes zaręcza się z inną kobietą, Melanią, dziewczyna na złość jemu i sobie wychodzi za mąż za jej brata. Jej małżeństwo nie trwa jednak długo, małżonek rychło umiera, zaś Scarlett sama musi dać sobie radę z przytłaczającą rzeczywistością. Życie południowców staje się nieustającą walką o byt. Dziewczyny nie interesuje wojna, nie interesuje jej polityka, ale to właśnie one wywrą niezatarte piętno na jej życiu… Małżeństwo dla pieniędzy, upadek dawnych wartości, wreszcie czająca się tuż obok miłość, którą tak trudno dostrzec w ciężkiej codzienności sprawiają, że Scarlett jest w gruncie rzeczy osobą nieszczęśliwą. Mądrość i wiedza o tym, co najcenniejsze, przychodzą jednak wraz z doświadczeniem."



Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell to jedna z moich ulubionych książek, więc nie spodziewajcie się ode mnie ani słowa krytyki. Kocham w niej wszystko: postacie, fabułę, humor, wojnę… Tak! Nawet wojnę w niej kocham. Margaret Mitchell napisała, według mnie, książkę doskonalą, w której nie śmiałabym skrytykować nawet jednym słowem.

To jedna z najpiękniejszych, najcudowniejszych powieści, z masą wyrazistych postaci, charakterów nie do podrobienia. Mamy tu dramat, komedię, historię i romans. Choć jest to bardziej literatura kobieca, to i panowie znajdą tu coś dla siebie, (choć nie wiem, czy ilość romansowych scen na grubość trzech tomów przedłoży się na cierpliwość mężczyzn )

Chyba najbardziej z całej książki lubiłam utarczki słowne Retta i Scarlett – a zapewniam, że tych było tam wiele. Tych dwoje pasowało do siebie jak przysłowiowe dwie polówki jabłka. Margaret Mitchell stworzyła postacie doskonałe, niemal jak żywe. Ich relacje opisane były szczegółowo i zabawnie, a pod koniec niestety, również dramatycznie.

Przeminęło z wiatrem jest jak stary przyjaciel, do którego powraca się po latach i odkrywa się, że nadal potraficie cudnie spędzać razem czas. To literatura, która według mnie wyznacza standardy pisania i powinna znajdować się w biblioteczce KAŻDEGO domu.

Moja ocena: 10/10 [arcydzieło!]

Lolanta


***

Do tej pory zabierałam się do klasyki jak pies do jeża. Były „Wichrowe wzgórza”, była „Nana”, była „Rozważna i romantyczna”..I żadna z tych książek mnie nie porwała. Owszem, potrafiłam dostrzec jej walory w każdej postaci, ale żeby czytać ją z wypiekami i zaliczyć do ulubionych pozycji? To nie. Przyznam, że „Przeminęło z wiatrem” ratuje moją klasyczną półkę.

Tłumaczenie jest trochę archaiczne i trąci myszką, ale ma to swój niezaprzeczalny urok. To, co jednak podobało mi się najbardziej, to obraz Południa, koniec ery dumnych plantatorów, wojna secesyjna (cały czas miałam przed oczami obrazy z serialu „Północ-Południe” z Patrickiem Swayze), opis zmian.

I główna bohaterka, której miałam ochotę strzelić z liścia jakieś pięćdziesiąt razy. Co za durne babsko, co za głupia dziewucha! Gdybym miała wskazać bohatera literackiego, którego najmniej lubię, to zdecydowanie byłaby Scarlett. Dojrzewała na kartach powieści, owszem, ale już, już, gdy myślałam, że zmiany idą ku dobremu, to robiła coś, co niwelowało całą moją sympatię. Była odważna, bezkompromisowa, walczyła o przetrwanie jak nikt inny, ale nie zmienia to faktu, że była próżna, nie zasługiwała na miłość tylu osób i cieszyłam się z zakończenia. Wiem, jak mogłam!

Rett.. Och, Rett to jest mężczyzna z krwi i kości. Cyniczny, ale inteligentny, o dobrym sercu – takiemu facetowi oddałabym serce, ciało i duszę. Szczerze mówiąc bardzo przypomina mi mojego towarzysza życia

Przede mną jeszcze seans – ekranizacja. Mam nadzieję, że także wywoła we mnie sporo emocji, a to jest przecież wyznacznikiem dobrej lektury – kiedy gwałtownie poruszy strunę Myślę, że nie muszę nikomu tej pozycji polecać.

Moja ocena: 9/10 (wybitna)

miss attitude


Wpis na wordpress: https://pingerowyklubksiazki.wordpress.com/2015/04/18/margaret-mitchell-przeminelo-z-wiatrem/
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Illusion: Końcówka łamie serce :( L.
  • awatar Illusion: Kocham, kocham, kocham! Śmiałam się, płakałam i wpadałam w złość przy tej książce, wywarła na mnie duże wrażenie i zawsze będę mieć do niej sentyment :) Scarlett już przy pierwszych stronach ma się ochotę zdzielić siarczyście, podobnie jak rzucić ochoczo na Retta :D To jest mój ideał mężczyzny! Ekranizacja w niczym od książki nie odstaje. Rett tak cudowny jak powinien być, Scarlett zołzowata, egoistyczna i piękna. Tylko ta końcówka...
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Pollyanne: Romans był, ale rzeczywiście nie taki klasyczny :) Według mnie Scarlett od dawna kochała Retta, tylko nie zdawała sobie z tego sprawy, wciąż wpatrzona w tego wymoczka Ashleya ;) Scarlett rzeczywiscie potrafi byc irytujaca i jest egoistka, temu nie da sie zaprzeczyć. Jest to jednak jedna z lepszych postaci literatury. Mam na myśli samą kreacje, a nie charakter bohaterki. M. Mitchell przedstawiła ją po prostu genialnie. Lolanta
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (13) ›
 

 
Pamiętacie, że już w sobotę (18/04) będziemy mówić o "Przeminęło z wiatrem"? A tymczasem chodźcie poczytać o autorce książki: https://pingerowyklubksiazki.wordpress.com/2015/04/16/margaret-mitchell-notka-biograficzna/

Lolanta
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
"Lincoln Rhyme to jeden z najwybitniejszych kryminalistyków na świecie. Od czasu tragicznego wypadku jest sparaliżowany od szyi w dół. Przykuty do łóżka planuje samobójstwo, gdy od swojego dawnego partnera z policji otrzymuje propozycję, której nie może odrzucić...

Kolekcjoner Kości - morderca i porywacz mający obsesję na punkcie starego Nowego Jorku - zostawia wskazówki, które tylko Lincoln Rhyme może odszyfrować. W wyznaczonym czasie, dzielącym od śmierci kolejne ofiary, Lincoln Rhyme i Amelia Sachs - policjantka, która jest jego rękami i nogami - starają się znaleźć miejsca ukrycia porwanych, korzystając ze wskazówek podrzuconych przez Kolekcjonera Kości.

Powoli kryminalistyk zawęża krąg poszukiwań wokół porywacza. Jednak okazuje się, że Kolekcjoner Kości ma swoje plany i zaciska pętlę wokół Lincolna Rhyme'a..."


https://pingerowyklubksiazki.wordpress.com/2015/03/28/jeffery-deaver-kolekcjoner-kosci/
http://facebook.com/pingerowyklubksiazki/

Kolekcjoner kości Jeffery Deaver z 1997 – to nie książka dla małych dziewczynek. To nie jest też powieść dla osób, które wolą spokojne i romantyczne książki. To coś raczej dla lubujących się w tekstach o krwi i brutalnych mordach. Dla kogoś, kto lubi się bać i nie ucieknie z krzykiem przy pierwszym ugotowanym ludzkim ciele.

Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałam!

Zwykła patrolowa policjantka znajduje wystający z ziemi obrany od kości palec ręki. Na palcu, a właściwie na tym, co z niego zostało, znajduje się pierścionek. Palec należy do pogrzebanego w glebie mężczyzny. Tego samego dnia on i kobieta, do której należy pierścionek wsiedli do taksówki i od tamtej pory nikt ich więcej nie widział. Aż do momentu odnalezienia wystających gołych kości palca… Nadal nie wiadomo, gdzie jest kobieta…

Jeffery Deaver nie bawi się w żadne wstępy i opisy. Od razu przechodzi do rzeczy. Akcja zaskakuje od pierwszego rozdziału i nie pozwala odetchnąć, aż do końca. I to jakiego końca!!!

Autor „złapał mnie” mnie na główne postacie. Tak! Wreszcie coś oryginalnego, zamiast wiejących nudą policjantów alkoholików. Lincoln Rhyme, od którego imienia pochodzi nazwa cyklu, to były kryminalistyk, obecnie przykuty do łóżka, wymagający całodobowej opieki wykwalifikowanego pielęgniarza. Jest sparaliżowany od szyi w dół, stracił chęć do życia. Nowojorska policja włącza go do śledztwa, bo jak się pewnie domyślacie, nikt nie ma takiej tęgiej głowy do kryminalnych zagadek, jak właśnie Lincoln. Właściwie, to tylko ona jeszcze działa jak należy…

Kolekcjoner kości to początku do końca rozwiązywanie zagadki. Jeśli lubicie krzyżówki, odkrywanie tajemnic krok po kroku, to pewnie Wam się spodoba. Tylko pamiętajcie, że Was ostrzegałam przed drastycznymi szczegółami.
Więcej tutaj: https://lolantaczyta.wordpress.com/2015/03/28/kolekcjoner-kosci-jeffery-deaver/

Moja ocena w skali z lubimyczytać.pl, (od 1 do 10 gwiazdek) to 8!, czyli rewelacyjna!

Lolanta


***

Książkę przeczytałam jednym tchem lata temu, a w pamięci utrwalił mi się dzięki ekranizacji z Denzelem Washingtonem jako Lincolnem Rhymem i Angeliną Jolie jako Amelią Sachs. Potwierdzeniem tego, że jest to świetna pozycja jest fakt, że przeczytałam ją drugi raz tak, jakbym od nowa odkrywała intrygę i śledziła fascynującą relację, która połączyła sparaliżowanego geniusza kryminalistyki i nieopierzoną policjantkę.

Historia rozgrywa się w Nowym Jorku zaledwie przez trzy dni. Brutalny szaleniec porywa i morduje mieszkańców tego miasta, zostawiając wszędzie wskazówki, które może rozszyfrować tylko Lincoln Rhyme. Pierwszą ofiarę odkrywa ostatniego dnia patrolowej służby Amelia Sachs, która imponuje Lincolnowi przytomnością umysłu i działaniami na miejscu zbrodni. Zostaje w ten sposób wciągnięta w sprawę trochę wbrew sobie – dociera tam, gdzie genialny kryminalistyk nie może dotrzeć. Podobna przeszłość i charaktery przyciągają ich ku sobie, tworząc subtelne napięcie, które podkręca ich relację. Autor nie przesadza jednak z wątkami pobocznymi i nie rozbudował wątków osobistych bohaterów, skupiając się na szalonym tempie śledztwa.

To, co zwróciło moją uwagę, to obszerna wiedza z dziedziny kryminalistyki, którą przekazuje nam Deaver w przystępny sposób. Jest tutaj opis technik oraz akcesoriów, którymi posługują się śledczy, odkrywamy razem z nimi kolejne wskazówki, które pozostawił morderca i czujemy się tak, jakbyśmy tam byli i razem z Amelią wskakiwali do tunelu, by zdążyć z pomocą. Powieść nie jest jednak brutalna, nie ma w tej pozycji opisów morderczych praktyk, a jedynie bardzo głęboka psychologia postaci, co ekscytuje i wciąga w ten sposób, który nie pozwoli nam oderwać się od pozycji, dopóki nie dowiemy się, jak skończy się ta gra.

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że to jeden z najlepszych thrillerów, jakie w życiu przeczytałam, a przeczytałam ich dużo. Ba! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to jeden z najlepszych thrillerów, jakie powstały. Mamy tutaj wszystko, co pozwala mi wywyższać tak tę książkę – nie ma długich i nudnych opisów śledztwa, niepotrzebnego i rozbijającego fabułę wątku miłosnego, wszystko jest spójne, a każda wskazówka prowadzi nas do następnego etapu śledztwa. Narracja jest płynna, a historia przemyślana i zgłębiona do cna. Według mnie powieść jest napisana w sposób spektakularny, a i ekranizacja niczym jej nie ustępuje.

miss attitude
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Drodzy Pingerowicze

Od 2,5 roku działamy na pinger.pl jako Pingerowy Klub Książki. Niestety, różne powody, a w tym, głównie niedomagania i wieczne problemy techniczne systemu, spowodowały, że podjęłyśmy decyzję o przeniesieniu się na inny portal. Nie chcemy zamykać klubu, bo praca nad nim nadal sprawia nam wiele frajdy. Jako, że obie (miss attitude i Lolanta) mamy własne blogi na wordpressie, ta właśnie platforma została przez nas wybrana na nowy dom Klubu.
Jak wiecie, mamy zaplanowaną listę książek na ten rok, do września. Wpisy dotyczące tych książek będą pojawiać się podwójnie, czyli nadal na pingerze oraz równolegle na nowym wordpressowym blogu. Wgląd do listy tutaj: (http://pingerowyklubksiazki.pinger.pl/m/22833267). Po tym czasie, czyli, od października 2015 roku pozostaniemy już tylko przy nowym blogu, na który serdecznie zapraszamy. Adres nowego bloga: www.pingerowyklubksiazki.wordpress.com
Planowałyśmy zmienić nazwę, bo w końcu pierwszy jej człon pochodzi od nazwy portalu, ale zrezygnowałyśmy z tego pomysłu. Lubimy być PKK i jesteśmy już trochę rozpoznawalne dzięki tej nazwie, więc decyzja zapadła: nazwa zostaje.
Smutno jest nam Was opuszczać, ale portal nie spełnia wymaganych przez nas standardów, a rozwijać się przecież trzeba. Mamy wielką nadzieję, że mimo przeprowadzki, nadal będziecie nas odwiedzać, lajkować, komentować. Pewnym ułatwieniem na pewno będzie strona na fejsbuku, którą postanowiliśmy założyć, by łatwiej trafiać do ludzi z wpisami. Znajdziecie ją tutaj: https://www.facebook.com/pingerowyklubksiazki Uprzedzamy, że dopiero ją stworzyłyśmy, więc nadal jest w budowie Profil na lubimyczytac.pl pozostaje bez zmian: http://lubimyczytac.pl/profil/104525/pingerowyklubksiazki
Poza tym zasady niewiele się zmienią. Nadal będziecie mogli głosować i wybierać książki, które będziecie chcieli z nami czytać.

Do zaczytania

miss attitude i Lolanta
  • awatar ponurnik: a facebooka juz oblukalam ;) to tylko przykrywka pod lubimy czytac ;p bedzie automatycznie przekierowywac.
  • awatar ponurnik: moze i latwy, ale dla kogos kto jest tu i nie zamierza sie przenosic, to bedzie troche uciazliwe odpalac specjalnie inna platforme, zeby sledzic klub ksiazki :/
  • awatar Obiektyw-NIEJ: @ponurnik: Wordpress jest ok, łatwy w obsłudze :) @Pingerowy Klub Książki> Kiedyś coś wrzucalam, o małym PRLU, i wiem, że inni wrzucają, dlatego pytanie :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (14) ›
 

 
Nie. Nie jestem zachwycona. Po tylu polecankach, szumie w mediach, nagrodach itp., spodziewałam się arcydzieła, a dostałam dobry kryminał. Niewiele mam do zarzucenia Miłoszewskiemu, poza tym, że nie porwał mnie, nie zachwycił, nie zmiażdżył. Zapewnił kilka godzin dobrej lektury, to owszem. Zapoznał z terapią ustawień, która, przyznaję, była niezmiernie interesująca. Ale nie wbiło mnie w fotel.

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/236254/uwiklanie
“Uwikłanie” Zygmunta Miłoszewskiego to pierwsza część serii o prokuratorze Teodorze Szackim. Zachęcona wieloma pozytywnymi recenzjami i ilością nagród przyznawanych autorowi, nie mogłam się doczekać aż wreszcie i mnie dostąpi zaszczyt czytania tejże słynnej trylogii. Ale niestety, szum wokół książki nie zawsze wychodzi autorowi (oraz czytelnikowi) na dobre. To jeden z tych przypadków, gdzie sława przerosła książkę i tym samym, nie spełniła moich oczekiwań wobec niej. I nie krzyczcie mi tu proszę, oburzeni, że to przecież genialna trylogia, i jak mogę mieć inne zdanie, bo jakbym nigdy wcześniej o niej nie słyszała, albo czytała tylko kilka wspomnień, wzmianek na jej temat, to pewnie też by mi się bardziej podobała. A tak mamy klasyczny przerost. No i nie ukrywam, jestem świeżo po serii o Jakubie Mortce autorstwa Wojciecha Chmielarza, która to mnie zachwycała. Tym samym, nie umiałam powstrzymać się od porównań, w których zdecydowanie wygrywa mniej medialny pan Chmielarz.

Więcej na temat książki przeczytacie na moim prywatnym blogu: https://lolantaczyta.wordpress.com/2015/03/22/uwiklanie-teodor-szacki-1-zygmunt-miloszewski/

Lolanta
  • awatar LUAU LUAU: Nie zrobiła wielkiego wrażenia, ale to naprawdę fajny kryminał. Lekko się czyta. A kolejne części są świetne ;)
  • awatar Obiektyw-NIEJ: No zobacz, bo ja mam zupełnie inne zdanie! Książka ma taki fajny oldskulowy nastrój psychologicznej peerelowskiej powieści kryminalnej (żeby było jasne - nie popieram ustroju, ale kryminały wtedy pisano świetne). Powiało grozą, gdy czytałam o tych 'ustawieniach'. Bardzo podziałała mi na wyobraźnię i z pełnym przekonaniem polecam ją każdemu.
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @myyysz: też słyszałam, że pierwsza część najsłabsza, więc tak łatwo się nie poddam :) L.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

*Reading Challenge 2015 – A popular author’s first book – Gillian Flynn „Sharp objects”*

"Camille Preaker po krótkim pobycie w klinice psychiatrycznej wraca do pracy reporterki w „Daily Post” i otrzymuje zlecenie na artykuł o tajemniczych zabójstwach dwóch małych dziewczynek w jej rodzinnym miasteczku.

Z niechęcią wraca do wspaniałej wiktoriańskiej rezydencji, w której się wychowała, gdzie zaczyna ją prześladować wspomnienie tragedii z dzieciństwa. Stara się odkryć prawdę o brutalnych zbrodniach. Wszystkie tropy prowadzą jednak w ślepą uliczkę i zmuszają Camille do rozwikłania zagadki własnej przeszłości, której musi stawić czoło."



Przygodę z Gillian Flynn rozpoczęłam na odwrót – od jej najnowszej pozycji, czyli „Zaginionej dziewczyny”, przez „Mroczny zakątek”, aż do jej debiutu, czyli „Ostrych przedmiotów”. Gdyby nie wcześniejsze zetknięcie się z tą świetną autorką, to z pewnością przekonałaby mnie rekomendacja Harlana Cobena, który nazwał tę książkę „dowcipnym, eleganckim i fascynującym debiutem”, a samą autorkę „prawdziwym objawieniem”. Czy potrzeba czegoś więcej? Tylko dobrze podanej, porządnej historii z dreszczykiem. W tej pozycji to znajdziemy.

Camille Preaker, dziennikarka chicagowskiej gazety, wraca do rodzinnego miasta, aby napisać artykuł o dwóch zamordowanych dziewczynkach. Ring a bell? Skojarzenie nasunęło się samo, czyli Alicja Tabor z „Ciemno, prawie noc”. Jeśli dodamy do tego fakt, że dziennikarka musi zmierzyć się z wydarzeniami z przeszłości, między innymi ze śmiercią siostry, to podobieństwo wydaje nam się naprawdę spore. Ale na tym ono się kończy.

Camille ma za sobą pobyt w klinice psychiatrycznej, do której trafiła po wieloletnim okaleczeniu swojego ciała. Praktycznie całe pokryte jest bliznami, wyrytymi napisami, które sygnalizowały jej uczucia i i myśli w krytycznym momencie.

"Bo ja lubię się okaleczać. Tnę się, chlastam, wyrzynam, szatkuję, robię sobie sznyty. Jestem bardzo osobliwym przypadkiem. Mam w tym swój cel. Moja skóra krzyczy. Jest pokryta słowami – kucharz, ciastko, kiciuś, loczki – jak gdyby jakiś wyposażony w nóż amator uczył się pisać na moim ciele. Czasami, ale tylko czasami, się śmieję. Wychodząc z kąpieli, dostrzegam kątem oka wyryte na swej nodze słowo lalunia. Naciągam sweter i na nadgarstku widzę szkodliwy. Po co te słowa? Kilka koncepcji przyniosły tysiące godzin terapii z dobrymi specjalistami. To przeważnie kobiety, które działają w zgodzie z teoriami rodem z elementarza, opartymi na różnicach między szparką i ogonkiem. Albo nie ukrywają negatywnego nastawienia. Na swej skórze mam wyrytych jedenaście synonimów niepokoju. Pewność mam tylko co do jednego – że wtedy niezwykle ważne było, bym widziała na sobie te litery, a nawet nie tyle widziała, ile czuła. Na moim lewym biodrze płonie wyraz halka."

Szybko dowiadujemy się więc od czego pochodzi tytuł „Ostre przedmioty” – od rzeczy, którymi bohaterka się cięła i których szukała, gdy znajdowała się w nerwowej i napiętej sytuacji. A powrót do wiktoriańskiej, surowej rezydencji w Wind Gap i matki, chłodnej, wręcz nienawistnej kobiety, nie wpływał dobrze na kruchą i wrażliwą istotę, jaką była Camille. Dlaczego więc tam wróciła, dlaczego nie uciekła, skoro wiedziała, że z powrotu nie wyniknie nic dobrego? Chciała udowodnić sobie oraz szefowi, że dziewczyna, która się tnie, także potrafi poważnie zająć się tematem.

Nie trzeba być psychologiem, żeby stwierdzić, że zaburzenia Camille są wynikiem traumatycznych wydarzeń z dzieciństwa oraz złymi stosunkami z matką, która nie poświęcała jej uwagi, a faworyzowała jej dwie młodsze siostry. Po śmierci jednej z nich jej uwaga skupia się na 13-letniej Ammy.

"Przez pewien czas tłumaczyłam sobie, że dystans Adory to postawa obronna, jaką przybrała po śmierci Marian. Ale tak naprawdę myślę, że ona zawsze miała z dziećmi więcej problemów, niż kiedykolwiek była w stanie znieść. Sądzę, że w rzeczywistości ich nienawidzi. Wciąż powraca do mnie, nawet teraz, to uczucie zazdrości, to oburzenie. Z jednej strony przypuszczalnie podobało się jej to, że ma córkę. Założę się, że kiedy była dziewczynką, marzyła o tym, że kiedyś zostanie matką, będzie rozpieszczać swoje dziecko i wylizywać je tak, jak kot chłepce mleko. Z taką właśnie żarłocznością podchodzi do dzieci. Osacza je. Na pokaz nawet ja byłam jej ukochanym dzieckiem. Kiedy minął okres jej żałoby po Marian, paradowała ze mną po mieście, uśmiechała się i żartowała, a nawet łaskotała mnie, rozmawiając z ludźmi na chodniku. Jednak po powrocie do domu znikała w swoim pokoju, jak niedokończone zdanie, a ja siedziałam na korytarzu, z twarzą przyciśniętą do jej drzwi, i rozpamiętywałam cały dzień, zastanawiając się, czym mogłam ją urazić."

Ammy jest słodka i dziecinna. Ale tylko dla mamy – poza domem twardą ręką rządzi szkołą i swoimi przyjaciółkami, jest wulgarna i nie obcy jest jej seks i narkotyki. Ammy jest sprytna albo zaburzona, tak jak jej siostra i matka. Jej postać jest lekceważąca, przesadzona. Kokietuje i manipuluje rodzicami, pragnie uwagi i jest zazdrosna o tą, jaką poświęca się zmarłym dziewczynkom i jej siostrze.

"W szyderstwie Ammy wyczułam powiew desperacji i niewinności. Jak wtedy, gdy skarżyła się przy śniadaniu: „Szkoda, że to nie ja zostałam zamordowana”. Amma nie życzyła sobie, aby komukolwiek poświęcać więcej uwagi niż jej. A na pewno nie dziewczynkom, które nie mogły jej dorównać, kiedy jeszcze żyły."

Autorka powoli odkrywa karty, nie toczy się typowe śledztwo. Powieść nie przypomina typowego thrillera, a raczej powieść kryminalną połączoną z thrillerem psychologicznym. Postacie drugoplanowe są albo wyraziste albo tak mdłe, że zastanawiamy się, co mają wnosić do historii. Jest zagadka z przeszłości, jest rozwiązanie morderstw, wulgaryzmy i szybka lektura – coś, czego potrzebowałam po klasyce. Rozwiązanie zagadki było jednak zbyt proste, spodziewałam się, że zabójcą okaże się pozornie bezpłciowy statysta, ale okazało się, że historia nie była aż tak zagmatwana. Nie zmienia to faktu, że to kawał dobrej historii, która trafiła do mnie bardziej, niż „Mroczny zakątek”.

miss attitude
 

 
*Reading Book Challenge 2015 – A book by an author you’ve never read before – Jane Austen „Sense and Sensibility”*

"Po śmierci męża pani Dashwood wraz z dziećmi opuściła ukochany dom i zamieszkała w posiadłości Barton. Dwie z jej córek – panny na wydaniu – choć różne pod względem charakterów, tak samo szukają szczęścia i miłości. Uczuciowa, impulsywna Marianna marzy o mężczyźnie szarmanckim, wrażliwym, lubiącym te same lektury co ona. Łagodna i rozważna Eleonora odda serce jedynie człowiekowi spokojnemu i odpowiedzialnemu. Niestety świat, którym – zamiast prawdziwych uczuć – rządzi pozycja społeczna i pieniądz, może boleśnie rozczarować te pełne uroku, ufne kobiety…"


Za lekturę tej klasycznej powieści zabrałam się tuż po przeczytaniu „Przeminęło z wiatrem”, które było pozycją w Pingerowym Klubie Książki, (jej recenzja pojawi się dopiero 18.04). Rozochocona klasyką, której jeszcze nie poznałam, wzięłam z biblioteki na chybił-trafił pozycję Jane Austen. Och, jakże żałuję, że nie zaczęłam od „Dumy i uprzedzenia”! Może wtedy trochę bardziej rozumiałabym uwielbienie do tej pisarki i sama stała się „ofiarą” jej romansów.

Pan Dashwood umiera i zostawia na tym padole łez swoją małżonkę i trzy córki – młodziutką Małgorzatę, romantyczną Mariannę i rozważną Eleonorę. Pieczę nad nimi powinien sprawować jego najstarszy syn, ale okazuje się pazernym sukinkotem, którego bardziej interesują własne sprawy finansowe, niż faktyczna opieka nad siostrami i wdową po ojcu. Nie chcąc mieszkać u nieprzychylnego pasierba i jego żony, pani Dashwood wyprowadza się z córkami do domu na wsi, którego wynajem zaoferował jej daleki krewny. Tam dwie z nich, Eleonora i Marianna, poznają gorzki smak pierwszej miłości

Eleonora, starsza z sióstr, jest rozsądna, rozważna, ale trochę także romantyczna. Zazwyczaj trzeźwo myśląca i powściągliwa w swych uczuciach, podejrzewana również o ich brak i oschłość, jest także oczywiście dobra i posiadająca złote serce. Równie dobra i szczera jest jej młodsza siostra, Marianna. Ta z sióstr wykazuje się jednak dużo większym ekstrawertyzmem, skłonnością do melodramatyzmu i wybuchem płaczu w każdych sytuacjach innych niż zwykłe czytanie, szydełkowanie, czy spacer. Siostry były dla siebie oparciem i jedna równoważyła cechy drugiej, natomiast ta druga podkręcała jej otwartość i ekstrawertyzm. Przyznam, że z pierwszą z nich utożsamiłam się szybciej i to jej kibicowałam w trakcie lektury. Nie były one jedynymi bohaterkami, które pozwalały pani Austen na szczyptę moralizatorstwa – pojawiała się porzucona przez absztyfikanta Marianny Eliza, płytka i egzaltowana Lucy, zgryźliwa Anna, wiecznie śmiejąca się Charlotte, dobrotliwa pani Jennings, obiekt westchnień pan Willoughby, milkliwy Brandon, ciekawi bracia Ferras.

Książka nie jest jednak tylko zapisem perypetii miłosnych dwóch sióstr, to także doskonały obraz angielskiej wsi sprzed dwustu lat, poślednia krytyka ówczesnych stosunków społecznych, polegających głównie na pozyskiwaniu znajomości pozwalających na znaczące podniesienie statusu. W pozycji tej znajdziemy również opis nienagannych manier, trochę staroświeckiego języka, świat honoru i zasad.

Wydarzeń w tej książce jest niewiele, a i ja przez cały czas zastanawiałam się, czy nie jestem zbyt rozważna do tej lektury, bo choć potrafię docenić wszystkie jej walory, to z pewnością wiele czasu minie, zanim sięgnę po „Dumę i uprzedzenie”, którą planuję od dawna. Zakończenie było bardzo banalne, typowy happy end. Miało to jednak swój urok, w końcu zabrałam się za lekturę klasycznego romansu, nie mógł się on skończyć inaczej. Rozważna, czy romantyczna? Nie drżałam z podniecenia, nie zatopiłam się całkowicie w świecie angielskiej wsi, więc jednak skłaniam się ku rozwadze.

miss attitude
  • awatar LUAU LUAU: Zupełnie nie porwała mnie ta książka. Wręcz nudziłam się czytając.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›